Oczywiście musiałam to uczcić we wiadomy dla mnie sposób, tyle że tym razem, zupełnie przypadkowo, seans filmowy zbiegł się z pocztową niespodzianką. Dzisiejszy wypad do kina planowałam już od zeszłego tygodnia. Wyszłam z filmu niesamowicie zadowolona. Widoki filmowego księżyca, Pandory, tak zaparły mi dech w piersi, że na chwilę wyrzuciłam z myśli wspomnienie autografu, które przez cały dzień wypełnia mi myśli ;). Cameron dokonał czegoś wspaniałego.
wtorek, 29 grudnia 2009
Prezent od Angeliny i 'Avatar'
Ha! Cóż za piękny dzień! Dostałam dziś zdjęcie z autografem Angeliny Jolie [zaciesza twarz], zobaczycie, jutro będę miała zakwasy mięśni policzkowych, hehe. Oczywiście, żeby nie było, nie jest to oryginał, który Angie osobiście złożyła na tej właśnie fotografii. To tylko tzw. Pre-print (PP), czyli autentyczny podpis Mrs. Jolie, tyle że drukowany hurtowo na wielu fotkach. Tylko, a może aż tyle, ja tam się cieszę, to również wspaniała pamiątka. Zdjęcie prezentu wrzucę może jutro, teraz mi się nie chce aparatu wyjmować z szafki. W każdym razie identyczne jest w autografowej galerii na naszej stronie o Angie. Porządnie zrobione, na mocnym fotograficznym papierze, format spory, prawie A4. Co chwila zerkam i od razu uśmiech wpełza na facjatę, hihi.
Oczywiście musiałam to uczcić we wiadomy dla mnie sposób, tyle że tym razem, zupełnie przypadkowo, seans filmowy zbiegł się z pocztową niespodzianką. Dzisiejszy wypad do kina planowałam już od zeszłego tygodnia. Wyszłam z filmu niesamowicie zadowolona. Widoki filmowego księżyca, Pandory, tak zaparły mi dech w piersi, że na chwilę wyrzuciłam z myśli wspomnienie autografu, które przez cały dzień wypełnia mi myśli ;). Cameron dokonał czegoś wspaniałego.
Przyroda, plemię tubylców, zwierzęta, filmowcy wspięli się na wyżyny kunsztu techniki komputerowej, całość oglądałam z zachwytem. Wszystko wyglądało tak realistycznie, aż przemykało przez zwoje mózgowe, że gdzieś naprawdę istnieją smukłe, niebieskoskóre, człekopodobne stwory, obdarzone ogonami. Kurczę, ale naprawdę piękne istoty, z przyjemnością patrzyłam na córkę wodza, czy avatara głównego bohatera. Wiem, kiedy produkcja mi się naprawdę spodobała - jeśli mam ochotę obejrzeć ją jeszcze raz. A teraz mam ogromną chęć na powtórkę z rozrywki. Trochę, nawet więcej nic odrobinę, miłosny wątek z filmu przypomina współczesną (a może przyszłą?) opowieść o Pocahontas. Przybysz pojawia się na obcej mu planecie, by zniszczyć mieszkającą tu cywilizację, dla odkrytych przez ludzi cennych bogactw naturalnych. Podczas eksploracji terenu, życie ratuje mu zwinna, zabójczo skuteczna przedstawicielka rdzennego plemienia Na'avi, jak się potem okazuje, córka wodza. Człowiek zamieszkuje w jej wiosce, początkowo dla niecnych celów, chce zdobyć zaufanie tubylców i potem ich zniszczyć. Jednak z biegiem czasu odkrywa jak wspaniała jest to rasa, szanująca otaczającą przyrodę, pozostająca z nią w ścisłej i nierozerwalnej harmonii i zaczyna sobie uświadamiać, że nie chce doprowadzić do ich zagłady. Oczywiście w znacznym stopniu zaważa na tym rodzące się uczucie do pięknej i mądrej Neytiri. Mężczyzna postanawia pomóc plemieniu, które uznał za swoją rodzinę, przeciwstawiając się własnym pobratymcom, ludziom. To tak w znacznym skrócie, fabula nie jest tak płytka, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Po więcej zapraszam do kin :)
Oczywiście musiałam to uczcić we wiadomy dla mnie sposób, tyle że tym razem, zupełnie przypadkowo, seans filmowy zbiegł się z pocztową niespodzianką. Dzisiejszy wypad do kina planowałam już od zeszłego tygodnia. Wyszłam z filmu niesamowicie zadowolona. Widoki filmowego księżyca, Pandory, tak zaparły mi dech w piersi, że na chwilę wyrzuciłam z myśli wspomnienie autografu, które przez cały dzień wypełnia mi myśli ;). Cameron dokonał czegoś wspaniałego.
sobota, 17 października 2009
Pozostał miesiąc :)
Ha! Dni, tygodnie i miesiące galopują, przesypują się miedzy palcami błyskawicznie. Jeszcze niedawno był sierpień, kiedy to ekscytowałam się kupnem biletu, a tu już tylko trzydzieści dni dzieli mnie od ujrzenia pana MM live. Precyzując, dokładnie za miesiąc to już będzie po koncercie i gdzieś się zamelinuję z innymi fanami przy piwku, rozpamiętując każdą minutę występu, czekając do rana na powrotny pociąg :P.
A dziś urządziłam sobie małe święto z okazji tej, jakby to ująć ‘miesięcznicy’ hehe. W moi przypadku oznacza to dobry film. Nie mogło być inaczej ;). Tym razem wieczór pełen emocji zapewniła soczysta porcja Tarantino. "Bękarty Wojny" na dużym ekranie to jest to. Przed momentem wróciłam z kina.
A dziś urządziłam sobie małe święto z okazji tej, jakby to ująć ‘miesięcznicy’ hehe. W moi przypadku oznacza to dobry film. Nie mogło być inaczej ;). Tym razem wieczór pełen emocji zapewniła soczysta porcja Tarantino. "Bękarty Wojny" na dużym ekranie to jest to. Przed momentem wróciłam z kina.
niedziela, 23 sierpnia 2009
Jadę na Mansona!!!
Co najważniejsze, nawet nie przekroczę granicy Polski :P
To chyba logiczne, że się tam zjawię. Zobaczyć go na żywo, posłuchać (choć może już głos nieco zużyty, ale co tam), chwile jedyne w swoim rodzaju. Nie przeżyłabym, gdyby był ode mnie niemal na wyciągnięcie ręki, niespełna 160 km dalej, a ja bym siedziała tutaj. Niedopuszczalne, aż ciary przeszły po kręgosłupie! Wiadomość o warszawskim koncercie spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Jeszcze trzy dni temu wybierałam się do Niemiec i byłam pewna, że właśnie tam pojadę, już nawet szykowałam się do kupna biletu. Dwudziestego pierwszego, dwa dni temu, wchodzę na mansonowy portal i kopara w dół. Autentycznie, siedziałam parę chwil z rozdziawioną paszczęką. A w oczach migotał, niczym neon, tytuł newsu „MANSON W POLSCE” oraz krótka treść informacyjna. Jak do mnie wreszcie dotarło, wrzasnęłam tak głośno, że aż mama przybiegła. A ja skaczę po pokoju i wykrzykuję radośnie co i jak, a ta wybuchła gromkim śmiechem: Proszę, proszę, z Berlina zrobiła się Warszawa, ja jej wtóruję, kilkanaście minut był istny chaos, hihi. Zaraz potem siadam, wgłębiam się w temat, czy nie plotka. Ale nie, ludzie się cieszą, niektórzy już nawet po kupnie biletów (a zaledwie od paru godzin były w sprzedaży). Radość niesamowita. Naprawdę nikt nie przypuszczał, że MM wróci tu jeszcze kiedykolwiek. Ostatni raz był sześć lat temu, w Poznaniu, a jeszcze dwa lata wcześniej w Warszawie. Teraz również zawita do stolicy. Planowo ma wystąpić w klubie Stodoła, ale fani coś kręcą nosem, że mało miejsca, wejdzie raptem 2 tysiące ludu. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie, czy w przypadku szerokiego zainteresowania, organizatorzy nie zmienią obiektu na większy. W każdym razie ja już jestem spokojna, bo też mam bilet. Od wczoraj :)
A oto mały slajdszoł stworzony przeze mnie z tej okazji:
Mięson, jesteś moją muzą buhahahahahahahahahaha :D
Gwałtowne natchnienie
Potrzebowałam porządnego kopniaka, żeby w końcu założyć tego bloga. Nosiłam się z zamiarem już od wczesnej wiosny, a urodziło się późnym latem. Dobrze, że w ogóle się zmobilizowałam. Okazja przespecjalna, otóż moi drodzy - Ekscelencja industrialnego rocka, po wieloletniej przerwie, zagości po raz trzeci w naszym kraju. Postanowiłam to uczcić właśnie w ten sposób :). Zresztą, gdzieś trzeba wyrzucić te emocje kotłujące się w środku. Najlepiej na papier, znaczy w tym przypadku na klawiaturę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)